Druga Strona

wtorek, 24 października 2006

Happy Diwali!

W niedzielę bylismy w Wellington na "Diwali Festival".
Jak sama nazwa wskazuje jest to indyńskie święto światła.
Impreza odbywała się w Town Hall na szczęście wszystko zmieściło
się po dachem, bo pogoda nie rozpieszczała.
Mieliśmy okazję zobaczyć kilka zespołów tańczących tradycyjne
tańce. Ale oczywiście hitem
były tańce w kategorii "Bolywood". W piątek odbył się konkurs i
podczas festiwalu można było zobaczyć finalistów. Publiczność
szalała!!
Dzieci do lat 15 tańczące w oryginalnych strojach ( z popularnych
filmów) prezentowały się bardzo widowiskowo. Ubrania oczywiście
tylko w kolorach Diwali. Co nie przeszkadzało w morzu cekinów i
dzwoneczków. W końcu jest to festiwal światła.
Okazało się że nie trzeba jechać aż do Indii aby kupic sobie sari.
Razem z pokazami tańca było całe mnóstwo stoisk z ubraniami,
ozdobami, szalami lub tylko materiałami.
Całą osobną salę zajmowały stoiska z jedzeniem. Odważni
nie-hindusi mogli spróbować. Jedzenie było oryginalnie ostre i
bardzo mocno doprawione. Obecne były TYLKO certyfikowane restauracje.
Bardzo miło spędziliśmy czas, a parking tylko $6.

Etykiety:

sobota, 21 października 2006

Jedzenie

Mialam ostatnio okazje rozmawiac ze znajomymi na temat jedzenia w Nowej Zelandii.
Jest oczywiscie trochę inny wybór niz w Polsce ale wchodzac do sklepu nie przezywamy szoku
kulturowego. Pierwsze co mozna zauwazyc to bardzo duzy wybór
boczku. Zwykle jest juz pokrojony w plasterki, przygotowany do
smazenia. Znana wszystkim potrawa - becon and eggs. Próbowalismy
tego boczku i musze przyznac - fantastyczny. Druga rzecz, jak na kraj
z bzikiem na punkcie srodowiska, uzywaja bardzo duzo opakowan
plastikowych. Prawie nie ma soków w kartonach. Zwkle mozna je kupic
w 2 litrowych butelkach, wygladajacych jak po plynie do naczyn. Ach
i sadze ze bedzie problem z pierogami ruskimi :( Niestety nie maja
tutaj takiego nawyklejszego bialego sera. Jest tylko taki na kanapki,
juz przygotowany "cottage cheese" oraz zmielony przygotowany do ciasta
- wiec slodki.
Ale wszystko przed nami - jeszcze nie zlokalizowalismy sklepu z
polskimi artykulami. Widzielismy tylko chinski i indynski. Udalo
nam sie ostatnio poznac Polke, która mieszka w Wellington juz 30
lat. Zaprosila nas do siebie. Sadze, ze skorzystamy z zaproszenia w
najblizszym czasie. Od niej na pewno dowiemy sie gdzie kupic
"polskie" produkty. Chociaz z drugiej strony, tak bardzo nam sie nie
spieszy do "polskiego" sklepu. Tutaj jest tak duzo produktów których
zupelnie nie znamy, ze byloby grzechem nie spróbowac. Wszyscy na
pewno slyszeli o slodkich ziemniakach. Mielismy okazje spróbowac
jednego rodzaju. Bylo to ziemniaki pomaranczowe. Calkiem, calkiem.
Bylyby smaczniejsze gdybysmy nie jedli ich razem z marchewka z
jabkiem. Okazalo sie, ze ten rodzaj ziemniaków smakuje podomnie do
marchewki. Wyobrazcie sobie obiad: kotlet mielony, ziemniaki (smak
marchewkowy) oraz marchewka :)
Wyglada na to ze tego typu bledy beda nam sie zdarzaly jeszcze
przez dlugi czas....

Etykiety: